Szukaj

Eye-Tracking w służbie SEO i SEM, czyli gdzie właściwie patrzą internauci?

Nowoczesne technologie pozwalają jeszcze lepiej zrozumieć zachowanie użytkowników internetu. Świetnym przykładem jest eye-tracking – ta wciąż mało w Polsce popularna metoda badania użytkownika pozwala (upraszczając, bo istnieją różne Eye Trackery) zbadać ruchy gałek ocznych i na ich podstawie określić punkty fiksacji (skupienia) wzroku podczas pierwszych, kluczowych sekund prezentacji nowych treści.

Jakie wnioski można wysunąć na podstawie takiego badania? Cóż, to, gdzie patrzymy i co przyciąga (zupełnie nieświadomie!) nasz wzrok to jedno, a to, w co klikamy to drugie. Kluczowe jest więc wykorzystanie tej wiedzy i takie rozmieszczenie informacji, przycisków, linków, grafiki, by wzrok był skupiany dokładnie na tym, na czym chcemy.

Nic dziwnego, że Eye-Tracker został również wykorzystany do przebadania różnego rodzaju SERPów. Sposób działania naszego mózgu może bowiem sprawiać, że to nie pierwsze pozycje przykują naszą uwagę. Na SEOMozie pojawił się swego czasu artykuł, który prezentuje wyniki takich badań. Warto przyjrzeć się im bliżej.

Wyszukiwanie lokalne z mapą #1

Widać tutaj lekko zmodyfikowany kształt F, który – w swojej oryginalnej formie – jest najczęstszym sposobem skanowania stron internetowych. Wyniki te nie są specjalnie odkrywcze – właśnie tego można byłoby się spodziewać. Im wyższa pozycja, tym dłużej skupiany wzrok. Obok miejsc pierwszego i drugiego kluczowa jest również mapka.

Wyszukiwanie lokalne z mapą #2

Wyniki zintegrowane w ten sposób spotykamy dużo częściej. Widać wyraźnie, że najwięcej uwagi poświęcamy zintegrowanej z mapami części SERPów i samej mapie; nawet kosztem pierwszych miejsc. Niestety, nie dysponujemy danymi na temat samych kliknięć i wyborów dokonywanych przez internautów – czy w ostatecznym rozrachunku wygrywają dobrze opisane pierwsze miejsca, czy też internauci kierują się lokalizacją i wybierają wyniki powiązane z mapami.

Wyszukiwanie z video

Kolejny test potwierdził to, czego można się było spodziewać – gdy w wynikach pojawiają się bezpośrednie linki do filmów video, zdobywają one z miejsca naszą uwagę. W zależności od tego, czego szukamy i czy film w ogóle może zaspokoić nasze potrzeby (np. poszukiwanie teledysku vs. poszukiwanie tekstu piosenki) koniec końców wybierzemy to, co odpowiada nam najbardziej.

Wyszukiwanie z grafiką

Podobnie, ecz nie do końca, ma się rzecz z wynikami wyszukiwania, w których pojawiają się odnośniki do Google Images. Wydaje się, że użytkownicy przyzwyczaili się do tego sposobu wyświetlania SERPów bardziej, niż do widoku linków do video. Tym samym, choć grafika dla naszego oka jest dużo ciekawsza niż tekst, dość szybko skupiamy swój wzrok ma pierwszych miejscach tradycyjnych wyników. Widać również, że użytkownicy zasadniczo nie są zainteresowani często wyszukiwanymi i powiązanymi hasłami.

Wyszukiwanie z ‚linkami witryny’ – sitelinks

A co, gdy w wynikach wyświetlą się nam „linki witryny”, czyli sitelinks? Jak widać przykuwają one uwagę, jednak nie tak bardzo jak wyniki zintegrowane z mapami. Wyszukiwane hasło to „Pizza Hut”, więc o ile nie myślimy o zamówieniu telefonicznym, lokalizacja jest ważna.

Jakie można wysunąć wnioski z powyższych obserwacji? Że sprawa nie jest taka prosta i dużo zależy od intencji szukającego. Linki witryny najczęściej pojawiają się, gdy szukamy konkretnych stron / firm itd. W takim wypadku bardzo często już pierwszy wynik (a może nawet któryś z linków witryny) jest najlepszym wynikiem. To, czy zwrócimy baczniejszą uwagę na wyświetlane grafiki, video czy mapy zależy również od naszych intencji – na ile ważna jest dla nas lokalizacja? Czy szukamy grafiki i zdjęcia, czy tekstu?

Warto również wspomnieć o zjawisku banner blindness, które zapewne dokładnie opiszę w najbliższym czasie. Prosto mówiąc – jeśli nie jesteśmy przekonani do Google AdWords, to bardzo szybko nauczymy się je rozpoznawać i omijać wzrokiem. Dokładnie tak jak nie skupiamy uwagi na reklamach i bannerach na innych witrynach. Jeśli nie odróżniamy linków sponsorowanych od wyników organicznych – zachowamy się mniej więcej tak, jak na powyższych ilustracjach.

Mimo wszystkich tych wątpliwości i uwag na pewno warto zwrócić uwagę na rozwój eye-trackingu i jego zastosowania nie tylko w badaniu użyteczności, ale również w analizie zachowania użytkowników Google.

Źródło / warto zobaczyć:
http://www.seomoz.org/blog/eyetracking-google-serps

http://www.youtube.com/watch?v=4Rtca0rQFCQ

Jakub Szendzielorz

Specjalista ds. SEO, kognitywista, fan użytecznego designu. Uzależniony od kawy, czekolady i dobrej muzyki.

zobacz posty autora

Spodobał ci się ten post? 0 4

3 komentarze

  • bartek46op

    Szkoda, że nie wzięto pod uwagę rich snippetów. Ciekawi mnie wynik.

    27.06.2012, g.18:14

  • Radek

    A skąd google wie, na co patrzę chodząc po internecie i używając do tego mojego prywatnego laptopa?
    Sprawa druga, czy to oznacza, że wkrótce będzie można w google kupić pierwsze trzy miejsca nie reklamowe? (Tuż za adwords).

    A na marginesie, od pewnego czasu wartościowe witryny znajdują się na 4-10 pozycji, zapewne spychane przez SEO ekspertów z grubym portfelem, więc osobiście najczęściej i tak ignoruję pierwsze wyniki i idę na koniec listy… :) ))
    Pozdrowienia dla SEO ekspertów…

    18.12.2012, g.07:53

    • Jakub Szendzielorz

      Google nie ma pojęcia gdzie patrzysz, po prostu statystycznie wszyscy patrzą w te same miejsca w pierwszej kolejności.
      Czy to znaczy, że kolejne miejsca będą do kupienia? Nie, bo wtedy użytkownicy szybko nauczą się patrzeć jeszcze niżej, jak zresztą sam zauważyłeś. Poza tym Google może stracić „klientów” jeśli reklamy będą zajmować zbyt dużą część pierwszej strony. Tak to jakoś widzę.

      18.12.2012, g.08:54

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>